Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku lat, a może ostatniego roku straciłam umiejętność wyrażania swoich myśli, pisząc. Przecież prowadziłam jakiegoś bloga odkąd tylko pamiętam. Jak miałam remont pierwszego pokoju w domu; byłam wtedy w szóstej klasie, komputer stał we wspólnym pokoju a blogi pisało się wtedy na Onecie. Był cały czarny, font Comic Sans i każda kolumna miała inny jego kolor. Gif tlił się za gifem, a mi się wydawało że jestem u szczytu pisarskiej kariery. (Pamiętam też z tego okresu, że siedziałyśmy na szczycie zjeżdżalni aby podglądać pana fachowca kąpiącego się w pomieszczeniu gospodarczym). Później były jakieś opowiadania, kolejne miejsca w sieci gdzie chowałam się od „prawdziwego” przytłaczającego mnie wówczas życia. Wylewanie myśli klepiąc w klawiaturę wydawało się wtedy jakieś milion razy lepsze i wygodniejsze.
Z chęcią wracam do tych miejsc na blogspocie, o które w jakiś sposób dbam, by nie przepadły i czytam zagwozdki i rozmyślania znad egzaminów na studiach, po kolejnych randkach i zastanawiam się czy wciąż jestem ta samą osobą. Czy może kończąc trzydzieści lat coś się zmieniło, przekręciło i przestawiło a ja sama siebie zgubiłam gdzieś w tak zwanym procesie. A może właśnie na odwrót - może dopiero co się odnalazłam od nowa? Może mam uporządkowaną rzeczywistość, mniej przytłaczającą, a głowa po terapii potrafi się jakoś uspokoić? Dużo mam ostatnio pytań w głowie, równoważą się one z ilością kliknięć w „nowy dokument” na ekranie komputera.
Gdzieś w tym szalonym procesie „dziania się”, ogarniania życia, pracy, znajomości, związków, odnajdywania czasu na swoje hobby które można już samemu finansować, gubią się przyjaźnie. Te szesnastoletnie mające „być na zawsze”. Te burzliwe, co to przychodzą i odchodzą, a może miały być ale już nie są. Faceci, portale randkowe i wiadomości których nie chce się dostawać. Albo chce, bo lepsze to niż nic. Życie jest zwariowane, a ja chyba przestałam wreszcie zakładać, że musze mieć kontakt ze wszystkimi. I prozaicznie, w momencie kiedy pomyślałam że nic dobrego mnie nie czeka, że może jednak nie wszyscy znajdują swoją drugą połówkę, może nie wszyscy mają szczęście wszędzie (choć w sumie uważam, że nie mam go nigdzie), to ją właśnie znalazłam. Napatoczył się chłop pośród wielu przerwanych konwersacji, wrzucił zdjęcie z kotem i od tego się zaczęło.
Pół roku później czas jednocześnie stoi w miejscu i biegnie przed siebie jak szalony. Od ponad roku nie ma już babci, przyjaźń się rozleciala (a nawet dwie), praca nadal nie sprawia satysfakcji, a słowa w głowie wirują jak szalone, oscylując wokół książek. Jednocześnie mam wrażenie że brakłoby mi liter by opisać co mam na myśli, a z drugiej że może nie mam nic ciekawego do powiedzenia a i zero czytaczy chętnych do zanurzenia się w tej miarowej beznadziejności. I tylko czasem przebrzmiewają we mnie dzisiejsze słowa P, że przecież, jeśli dobrze pójdzie, jeśli zamieszkamy razem i będziemy razem, to już nigdy przenigdy nie będzie mieszkał sam.
I tylko przez te kilka minut po wejściu do domu, po powrocie od niego jest mi smutno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz