Jestem w związku od pół roku i zupełnie nie znam zasad (jeśli takie istnieją). Nie wiem po ilu randkach przechodzi się na wyłączność, kiedy wypada powiedzieć „kocham cię” a kiedy zaproponować wspólne mieszkanie żeby nie wyjsć na narwanego nerwusa (to ja). Nie wiem kiedy jest odpowiedni moment na poznanie swoich rodzin, znajomych albo dostanie drugich kluczy do mieszkania (w razie wu). Nie wiem kiedy wziąć go na pierwsze spotkanie rodzinne, kiedy powiedzieć żeby tą kawę to szedł sobie zrobić sam, a w ogóle mnie nie wkurzał głupim gadaniem o swojej eks (z która łączy go wspólny kot).
Pośród tych wszystkich „nie wiem” które wraz z biegiem czasu się mam wrażenie mnożą, jedno wiem na pewno - lubię chłopa i czuję się przy nim swobodnie. Nawet spierdzenie się w trakcie ataku histerycznego śmiechu mnie nie zmartwiło, a jedynie sprawiło że śmiałam się jeszcze głośniej i jeszcze dłużej.
Wszystko nadal jest niepewnym grząskim terenem, po którym stąpam uważnie krok po kroczku mając nadzieję, że nic się nie zjebie. Delikatnie robimy małe plany pod tytułem wspólne wakacje, trzydziestka kuzynki, może wypad na city break. Jednocześnie mam w tyle głowy co może się zepsuć, i nie wiem, jak się tego pozbyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz