22 grudnia 2024

no wiesz co



W październiku chciałam anulować święta albo przynajmniej przenieść je za granicę. Skoro nie będzie stołu wigilijnego, wydawało mi się, to i nie poczujemy za bardzo dosadnie braku jednej osoby, która już przy nim z nami nie usiądzie. No ale minęły dwa miesiące, mojego pomysłu nikt nie podjął, a im dalej w las tym jednak ciągnie do tego wspólnego czasu, albo wspólnego jedzenia (kto co woli).




Powiedziałam panu psychiatrze, że głupio się czuję z myślą, że tęsknię za babcią bo nie zrobi już żuru grzybowego na wigilię. No bo wie pan, mówiłam, nie że ja tylko w tym kontekście za nią tęsknię. Ale z każdym innym kontekstem sobie do tej pory poradziłam, a z tym nie wiem jak. Podobno to normalne, po fizycznych rzeczach ta pustka jest bardziej widoczna.




Ale ja kocham żur. Zwłaszcza ten wigilijny. No to sobie go ugotuję pomyślałam, dobra, to jak ktoś go ma robić to ja. No i stałam w tej kuchni, nad tym garnkiem w którym moczyły się grzyby w powoli podgrzewającej się wodzie. Patrzyłam się i patrzyłam, jakby nie wiem co miało to pomóc - czy przyspieszyć gotowanie, a może babcie z zaświatów przywrócić, popatrzyłby na mnie i powiedziała, że jest dumna. No nawet ja jestem. Choć zatykałam się smutkiem, mieszając łyżką w tej wodzie powoli nabierającej grzybowego koloru. Zatykałam się smutkiem i nalewając go do talerza, i próbując raz po raz wiedząc, że to nie jest to samo i nigdy nie będzie, ale hej, jeszcze kilka prób i będzie „w miarę dobry”. Nie będzie nigdy wyśmienity.




Tak się kręci karuzela życia, raz jest pod górkę a raz pod dwie górki.

I może jakoś przeżyjemy te święta bez babci i może wszyscy sobie poradzimy i może za rok będzie lepiej. A może faktycznie gdzieś wyfruniemy z rodzicami i będzie jeszcze fantastyczniej. Byle w tym samym gronie co we wtorek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz